Witajcie. Dzisiaj kończy się 14 dzień mojego postu warzywno owocowego. Właściwie mógłby być to ostatni dzień mojego postu, bo nie zakładałam, że od razu dam radę zrobić pełny post, czyli 42 dni, ale nie widzę żadnych przeciwwskazań u siebie, żeby post kontynuować.

Czuję się na prawdę dobrze. Nie pisałam nic wcześniej, bo żadne rewelacje typu migreny, przeróżne bóle, biegunki, osłabienie, drętwienia, objawy grypopodobne itd mnie osobiście na szczęście nie dopadły. Naczytałam się na facebookowej grupie wsparcia o tym jak ciężko niektórzy ten post przechodzą i szczerze mówiąc trochę się wystraszyłam jak to ze mną będzie. Najbardziej bałam się migren, bo zazwyczaj ludzie skarżą się na migreny po odstawieniu kawy, a ja przed postem, do ostatniego dnia piłam po 3, 4 dziennie. No ale jakoś tak mi to bezboleśnie poszło. Może dlatego, że już od kilku miesięcy staram się zaczynać dzień od szklanki wody z sokiem z połówki cytryny i dopiero za jakaś godzinę sięgałam po kawę. A że szklankę wody z sokiem z cytryny wypijam jako pierwszą rzecz nadal, to w sumie organizm nie miał może aż takiego szoku. A może po prostu taki urok mojego organizmu, że aż tak bardzo się od kofeiny nie uzależnił. W każdym razie jestem bardzo szczęśliwa, że mnie migreny ominęły.

Ze skutków ubocznych u mnie pojawiło się właściwie tylko wyziębienie. Jest mi codziennie mega zimno (dzisiaj jakoś tak mniej). Chodziłam naubierana w bluzy, polary i jeszcze na to swetry a i tak ręce miałam lodowate. Jak to ktoś w grupie facebookowej napisał „pierdzę śniegiem z zimna ;)” No, ale z takim skutkiem ubocznym można żyć, także nie narzekam. Szczególnie, że pojawił się u mnie jeszcze jeden skutek uboczny, a mianowicie waga wskazuje o 6 kg mniej 😉 z czego oczywiście się bardzo cieszę. Aha, i jeszcze wczoraj spuchły mi okolice jednego oka. Objaw bardzo dobrze mi znany, bo tak reaguje mój organizm na alergeny pokarmowe typu mleko i produkty pochodne, fasola, soczewica, bób. Oczywiście zdziwiłam się okropnie, bo przecież żadnych z produktów, na które mam alergię w przeciągu ostatnich dwóch tygodni na pewno nie spożywałam, no ale może to był w moim przypadku ten kryzys ozdrowieńczy? Kto wie, pożyjemy, zobaczymy co się będzie działo dalej.

Jeżeli chodzi o głód, to na prawdę uwierzcie, że nie chodzę głodna. Bardziej mam ochotę coś zjeść te 3 razy dziennie niż jem bo jestem głodna. A jak sobie upichcę jakieś warzywka w sosie pomidorowym albo leczo postne, to się wręcz tak najadam, że ciężko mi uwierzyć, że ja przecież poszczę 😉 Także głodu na tej diecie nie ma co się bać. Do wyboru jest sporo dań, a jak się odpowiednio doprawi to jest na prawdę smacznie. Jak nie mam czasu gotować to zjadam jakąś prostą sałatkę, albo surówkę, jabłko, grapefruita, pomidora czy ogórka kiszonego i też się tym zapycham. Zupy postne typu pomidorowa, krem z dyni, kalafiorowa też są bardzo smaczne. Można sobie nagotować na 3 dni takiej zupy i codziennie jest czym się rozgrzać. Dzięki czytaniu postów innych członków grupy odkryłam dwie nowe dla mnie przyprawy, a mianowicie paprykę wędzoną, która nadaje fajny aromat potrawom i czarną sól Kala Namak, która ma aromat jajka gotowanego 🙂 Całkiem ciekawe, na pewno wejdą na stałe do naszego jadłospisu.

No i to w zasadzie tyle na razie. Działam dalej. Jak zajdą u mnie jakieś drastyczne zmiany, albo pojawią się nieprzyjemne efekty uboczne to będę na bieżąco informować. Trzymajcie kciuki, żeby mnie po drodze coś skutecznie nie skusiło. Najbardziej  w tym menu brakuje mi chyba ziemniaków, kawy, czekolady i masełka, ale jakoś dam radę 🙂

A oto czym się delektuję 😉

Reklamy